LIST ABSOLWENTA NA 150 LAT SZKOŁY
„Nasza szkoła w strumyku świateł z oddali”
Ludzie mówią, ale i ryją w marmurze prawdę o nas, że trzy wartości ludzkie nie wracają: czas, słowo i okazja. Wszystkie trzy podarowano mi wraz z zaproszeniem do udziału w znaczącym jubileuszu mojej pierwszej w życiu szkoły. Tej, w Mnikowie, gdzie, oprócz domu, było i jest moje gniazdo. Gdzie nauczyłem się czytać i tego, że „Ala ma kota”, dzieci dookoła to koleżanki i koledzy. Zaś Pani i Pan, to moi nauczyciele. A kraj nad Wisłą, to Polska. Ona jest Ojczyzną. To znaczy, naszym zbiorowym obowiązkiem. Podczas lekcji było o trzech polskich poetach – Wieszczach,o ułamkach w algebrze, o energii kinetycznej w fizyce i wcześniej, o trójkątach.
Wyfrunąłem ze szkoły, kiedy pan kierownik Franciszek Blecharski, podał mi świadectwo ukończenia szkoły tamtej, podstawowej. Położył mi wtedy przyjaźnie rękę na ramieniu i powiedział krótko: Jasiek, ruszaj w świat, ale też wracaj do Mnikowa i do Skał. Był to pogodny dzień czerwca 1950 roku. Łatwo policzyć… od wydarzenia minęło 76 lat. Potem, pod koniec sierpnia, przed wyjazdem do internatu i gimnazjum w Krakowie, Mama przytuliła swojego „gałgana” do szyi, uroniła łzę. Zrobiła także krzyżyk na niskim czole syna. Zaraz, na wozie, w tzw. półkoszkach, mówię to „z zadęciem”: ruszyłem w świat.
Proszę wziąć oddech i poprawić się na krześle, bo wspomnę o ludziach, którym, nie paluchem ale ręką wyciągniętą, pokazywałem moją szkołę. Byli to bliscy albo tylko znajomi z różnych miejsc, „geografii globu”. Byli z Afryki, Madagaskaru, Brukseli, Paryża i rzadko, z Brazylii. Około dwudziestu lat, oprócz pracy wykładowej w seminariach duchownych, zajmowałem się zdalnie, czy wędrując do miejsc widocznych na mapie, organizacją pracy misjonarzy mojego Zgromadzenia. Regiony misyjne mieli zwłaszcza w Kongo, na Madagaskarze i w Brazylii. Te trzy ekipy liczyły łącznie około 60 osób. Nierzadko, moi znajomi stamtąd, ale i bliscy pracujących tam Polaków, docierali do Krakowa. Zatrzymywali się wtedy u nas, pod Wawelem. Trzeba było ich pilotować, aż do Częstochowy czy do Tatr. Także do Kamedułów na Bielanach, do Tyńca, i prawie zawsze, do Doliny Mnikowskiej. W mojej wsi, zatrzymywałem samochód pod płotem Państwa Koźbiałów, naprzeciwko szkoły. Czarnym, choć mentalnie oświeconym, ciekawym, koloratkowym Gościom mówiłem o mojej szkole, która stoi przy drodze do Skał Mnikowskich lub do Cholerzyna i do wiosek świata z lotniska w Balicach. Mówiłem im o mojej szkole, niekiedy o koledze Staszku który siedział w ławce obok mnie i się bez stresu, urokliwie … jąkał. Także o drugim Staszku. Siedział w ławce przede mną. Niewysoki, lubiany, jedyny chłopak w szkole, który, także w klasie, robił „na drutach” szaliki i rękawice. Moi ówcześni goście, Afrykańczycy, Malgasze też, mają dobrą pamięć. Czasem się dowiaduję przez WhatsApp, że zachowali wspomnienie o Dolinie z Madonną na Skale, ale i o mojej, naszej szkole, w środku wsi.
Siedzę pod oknem na Pagórku Potockich w Krzeszowicach. Gdy podnoszę oczy, widzę rząd jedenastu dębów. Rosną, od ich korzennego dzieciństwa, przez 160 lat. Są zdrowe, mocne, dorodne. Ludzi, którzy je posadzili, zapewne cechowały: swoista wtedy troska o środowisko przyrody, cenne wartości krajobrazu i niewidoczna miłość do swoich i innych dzieci oraz ich kolejnych pokoleń. O patronie naszej szkoły – Księciu Józefie Poniatowskim napisano bardzo dużo. Powiedziano też, że Książę cierpiał na nieuleczalną do końca życia, chorobę. Życzę jej serdecznie całemu Gronu Nauczycieli w mojej szkole. Życzę jej uczniom naszej szkoły. Ta choroba jest paradoksalnie wartościowa i piękna. Nazywa się dalekowzroczność. Dotyczy spraw osobistych i rodzinnych. Oraz tych, jak kraj długi i szeroki – wspólnych, także europejskich, ale najpierw polskich.
Niewidoczny, duchowy, wdzięczny uczestnik świętowania Jubileuszu Szkoły,
ks. Jan Dukała, misjonarz.
